2005-10-01 19:01:39
Propozycja


Santos szedł spokojnie leśnymi ścieżkami rozglądając się na boki, co jakiś czas schylając się i zrywając jakieś zioło. Następnie chował je w poły płaszcza i szedł dalej pogwizdując sobie wesoło. W między czasie, wypowiedział zaklęcie, które zmieniło napierśnik Arisy w pierwotny kształt.
-Zaczynasz mnie denerwować, wiesz?- Burknęła do Santosa. Szła przed siebie, co chwila musiała się zatrzymywać żeby nie zgubić beztroskiego jak na razie maga
-Dlaczego tak mówisz moje dziecko.- Szedł zadowolony aż tu nagle przystanął przy krzaku dzikiej róży. -O to jest naprawdę piękny kwiat.- Powiedział i zerwał parę chowając kilka płatków do kieszeni.
-Mowie szczerze, i nie jestem twoim dzieckiem. Nie wyglądasz na wiele starszego ode mnie- Syknęła przez ząbki i splotła ręce na napierśniku
-Wygląd czasem myli mam coś ponad 60 wiosen.- Mówił spokojnie i wolno niby ważąc każde słowo. Arisa popatrzyła na niego w szoku. Miała teraz bardzo komiczny wyraz twarzy
-Ponad 60?
Mag zachichotał patrząc ciągle na minę Arisy.
-Naprawdę, ale chyba więcej.- De Ram zamyślił się gładząc się po podbródku. -Jakoś po 50-tce straciłem rachubę.
-Super, a ja myślałam ze masz około 20... trudno, miewa się błędy. To dzięki demonowi tak?
-Zgadłaś moje dziecko.- Schował dłonie w rękawy. -Wiesz czasem we wszystkim znajdą się jakieś plusy.- Na jego młodziutkiej twarzy pojawił się anielski uśmieszek. -A właśnie,- Zamilkł na chwilę. -Jakie jest Twoje życzenie?- Zapytał
Arisa westchnęła ciężko. Życzeń można mieć wiele. I równie wiele plątało jej się po głowie. Od błahych po niewyobrażalnie głupie.
-Sama nie wiem, za dużo ich mam...
-Przecież możesz życzyć sobie wielu rzeczy- Puścił do niej oczko, potem przystawił palec wskazujący do ust i powiedział. -Ale nie mów Gilbertowi.- Zaśmiał się
-Cóż... no dobra, nie powiem, bo ten idiota jest teraz nieobliczalny - Powiedziała chłodno. -Po pierwsze, nie chce jakiegoś umagicznienia specjalnego miecza czy żeby lśnił mi się na czerwono, mógłbyś go po prostu przy tych gabarytach uczynić trochę lżejszym?
-Nie ma sprawy na dobrą sprawę nie jest to takie strasznie trudne.- Zamyślił się na chwilę. -Zbroja też ma być lżejsza?- Zapytał spokojnie
-Jeśli można...- Odpowiedziała równie spokojnie
-No to się rozbieraj.- Powiedział podwijając rękawy do łokci. -Do naga.
Dziewczyna zrobiła duże oczy
-Żartujesz sobie?
-Czy wyglądam jak bym żartował?- Zapytał z poważną miną.
Dziewczyn wplotła dłoń we włosy.
-Nie mogę się owinąć niczym?
-Niestety nie, bardzo mi przykro.- Rozłożył ręce. Warknęła cos pod nosem i szybko się rozebrała odgarniając włosy do tylu nerwowo. Santos z niekrytym rozbawieniem obserwował dziewczynę i czekał aż złoży cały swój sprzęt w jednym miejscu.
-Widzę, że nogi masz ładne.- Powiedział przekornie. W tym momencie ciężka sakiewka z zlotem minęła jego głowę o milimetr.
-Jeszcze jedno słowo...
-No wiesz zgrabna też jesteś no i co do pier...- Popatrzył na jej minę i nie skończył uśmiechając się słodko.
-Mógłbyś się streszczać? Marznę tutaj! - Warknęła i nic nie zrobiła, bo nie miała pod ręka niczego ciężkiego
-Już już.- Mag ukucnął i odłożył na jedną stronę ubranie dziewczyny a na drugą wszystkie elementy zbroi i broń. Santos wyciągnął coś z kieszeni i zaczął rozcierać czarne zioła na blachach. Zaczął coś mówić do siebie wykonując znaki w powietrzu. Nagle cała zbroja zalśniła i zmieniła kolor na kruczo czarny.
-Proszę, na dobrą sprawę mogłaś zostać w ubraniu, potrzebne były mi jedynie blachy.- Uśmiechnął się. Ubrała się i z miną nie do odczytania podeszła do Santosa. Nie wyglądała na zadowolona.
-Spokojnie nie znasz się na żartach moje dziecko.- Potargał jej włosy ręką uśmiechając się ciągle.
-Nie na takich- Zacisnęła ząbki -Następnym, razem, łaskawie sobie daruj!
-No i dobrze może łaskawie podniesiesz zbroje, chyba nie myślisz, że ja to zrobię.- Powiedział spokojnie
-Nie, nie myślę- Podniosła ją i założyła na siebie z powrotem. Rzeczywiście była lżejsza
-Jest też twardsza.- Powiedział i nagle zaczął patrzyć się na jej tyłek bez żadnego skrępowania.
-Słuchaj... może i wyglądam na ślepą, ale nie jestem- Prychnęła -A co z mieczem- Zmieniła temat
-Uderz w to drzewo.- Powiedział spokojnie wskazując na ogromny dąb palcem. -Nie powinnaś mieć problemów z jego ścięciem.- Klinga również była czarna jak noc i lekka niczym piórko.
-Dzięki...- Z gracja zamachnęła się i rzeczywiście drzewo runęło -Niezły bajer...
-No cóż miałaś, czego chciałaś a teraz ja będę mógł zażądać, czego dusza zapragnie.- Powiedział spokojnie. -Nawet mógłbym ci powiedzieć żebyś mi się oddała.- Gdy skończył to mówić nagle znalazł się przy niej i szeptał jej to do ucha.
Skomentowała to wymowną ciszą. Odsunęła się szybko od niego.
-Dobra dobra musimy poszukać Caina i się nim zając.- Mówił spokojnie patrząc na Arisę tak jakby nic na sobie nie miała.
-A po co ci Cain?- Zmrużyła oczy niczym wściekła kotka
-Chyba, do czego, nie jest mi potrzebny, prawda?- Uśmiechnął się wrednie.
-Co masz na myśli?- Nie miała zbyt ucieszonego wyrazu twarzy
-Dobrze wiesz, o co mi chodzi, prawda?- Pokazał kły szczerząc się.
-Tak, ale udaje głupią, bo mam nadzieje, że powiedz coś innego... Dlaczego chcesz go zabić, jeśli dobrze to zrozumiałam?
-A zgadnij.- Nie czekał na jej odpowiedź. -On jest oficjalnym następcą tronu.
-Co?! CAIN JEST TYM KSIECIEM?!- Zdziwiła się totalnie -Z początku tak myślałam, ale... Zostaw go w spokoju! Przecież zmienia się w wilka! Nikt się tego nie domyśli!
-Ty masz słuchać mnie.- Wskazał kciukiem na siebie. -Więc siedź cicho i rób, co ci każę.- Mówił spokojnie patrząc z pogardą na Arisę. -I nie ma żadnego ale, rozumiemy się?!- Krzyknął, ale zastanowił się -Chociaż jest jeszcze jedno wyjście.
-Jakie? - Popatrzyła na niego z mieszaniną ulgi i złości
-Trzeba go usunąć do czasu ślubu Gilberta i Ellen.- Powiedział spokojnie.
-Usunąć? To znaczy?
-Trzeba dać mu coś do roboty żeby nie mógł interweniować w sprawach zamku i żeby nie dowiedział się o śmierci jego ojca.- Powiedziała jednym wdechu,
-Mam się tym zając? - Spytała cicho
-Jak chcesz żeby żył.- Zamilkł na chwilę i dodał. -Oczywiście to nie jest rozkaz wywiązujący cię z umowy.- Uśmiechnął się wrednie, mag wyglądał jak kawał skurwysyna. -Bo zrobisz to z własnej nie przymuszonej woli.
-Domyśliłam się tego- Powiedziała z dezaprobata -Czy mogę się zapytać, w która stronę mam iść żeby go znaleźć i poprosić o to bym mogła się z nim dogadać, kiedy jest wilkiem, inaczej go nie zatrzymam- Burknęła ponuro
-To już masz u mnie dwa długi wdzięczności.- Podszedł do niej mówiąc spokojnie w języku magii i pocałował ją. -Teraz możesz go rozumieć a teraz idź na południowy wschód tam go znajdziesz.- Stanął i popatrzył w stronę lasu. -Są z nią jeszcze dwie osoby demon i jakaś kobieta, więc uważaj.
-Jasne- Syknęła i poszła w stronę, która wskazał. Po chwili otarła usta -Skurwiel- Podsumowała to krotko.
skomentuj (2)
2005-09-20 19:47:28
Obietnica


Gdy tylko mag i Arisa zniknęli za drzewami, Gilbert odetchnął z ulgą. Wreszcie mógł pozbierać myśli, które szalały jak huragan. No i do porządku się ubrać, bo wcześniej musiał się zakrywać wszystkim co było w pobliżu^^
- Umarł król... niech żyje król - powtórzył sobie prawie bezmyślnie, gdy wkładał miecz za pas.
Ell stałą w bezruchu. Patrzyła bezmyślnie w jąkaś pustke.
- Wszystko w porządku? - spytał ją i uważnie się jej przyjrzał - Może zabiorę cię do zamku?
- Król...ojciec....- zaczęła mamrotać
Przytulił ją i lekko pocałował w policzek.
- Wiem, że bardzo cierpisz... ale - zastanowił się na moment - Nie zostawię cię i będę cię wspierał jak tylko będę mógł.
- Nie...- odepchneła go od siebie
Tego się nie spodziewał. Zupełnie. Odsunął się, odwrócił się od niej i spytał pozornie spokojnym tonem:
- Chcesz zostać sama?
Tak naprawdę był zdenerwowany.
- To Twój mistrz....jesteście powiązani - zaczęła drżącym głosem
Od razu zrozumiał aluzję.
- Nie zrobiłem tego! Nie jestem w to zamieszany! - warknął nieswoim głosem i spojrzał na nią ognistym wzrokiem. Po chwili jednak zapanował nad sobą i dodał łagodniej - Nie mów o nim. Proszę...
- Ale...nie zdąrzyłam nawet sie z nim pozegnać...porozmawiać..- rozpłakała sie jak małe dziecko
- Ellen? - ostrożnie przysunął się do niej, ale nie przytulił - Proszę, nie płacz...
- Moze zamknął mnie w tej wieży..ale...ale..ale był jedyną moja rodziną! - prawie krzyknęła
Nie odpowiedział. Po prostu czuł podziw dla tej dziewczyny, która doznała tyle krzywdy od swego ojca, a nadal potrafiła go kochać... Gilbert nigdy by nie potrafił przebaczyć swojemu ojcu. Nigdy.
- Jesteś wspaniała - powiedział bardzo cicho i spojrzał gdzieś w dal.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Płakała dalej nie potrafiac tego powstrzymać
- I co teraz będzie?
- Wszystko się jakoś ułoży - odparł i uśmiechnął się niezauważalnie - Mnie też zżera przerażenie od środka... Ale razem jakoś sobie poradzimy, prawda?
Spojrzała na niego zapłakanymi oczami
- zostaniesz ze mną?
- Zostanę. Nigdzie nie pojadę - powiedział pewnie - Jesteś dla mnie ważniejsza niż przysięga.
- Dziękuję..a.a teraz mnie przytul...tak jakbyś nie chciał mnie wypuścić
Objął ją bardzo mocno i przycisnął do serca, które biło nierówno i nerwowo.
- Nie puszczę - szepnął jej do ucha.
- Dziękuję
- Obiecuję, że juz cię więcej nie skrzywdzę... i nikomu na to nie pozwolę...
Dziewczyna wtuliła sie w niego i zemdlała. Na szczęście trzymał ją tak mocno, że się nie wyślizgnęła...
skomentuj (0)
2005-09-12 19:31:53
Radosna nowina...




Mag szybował nad lasem, patrzył swymi czerwonymi ślepiami, szukając trójki ludzi. Oczywiście widział leśne zwierzęta kryjące się w norach i uciekające tu i tam. W końcu Santos dostrzegł osoby, które chciał zlokalizować. Uśmiechnął się i zaczął zniżać lot. W tym czasie Arisa przedzierała się przez krzaki, po chwili dotarła do miejsca, którego szukała. Znalazła Gilberta. Ale nie tego się spodziewała. Schowała się za drzewem szybko.
-Wstawać!- Warknęła krzycząc jednocześnie. Gilbert leniwie otworzył oczy. Spojrzał w górę, na korony drzew i uśmiechnął się.
-Ale miałem piękny sen... Nawet nie wiecie.- Powiedział do nie wiadomo, kogo. Ale po chwili zorientował się, że jednak nie śnił. I że ktoś... ktoś PODGLĄDA!
-Arisa!- Warknął i pociągnął płaszcz tak, żeby się nim lepiej zasłonić. Ell tylko mruknęła coś przez sen o kremówka i spała dalej. Nagle pomiędzy krzyczącymi na siebie stronami wyglądał mag, i zaświecił się jak ognisko. Rozłożył ręce w powitalnym geście i powiedział anielskim głosem.
-Radujcie się moje dzieci,- Uśmiechnął się równie anielsko. -wasz król odszedł w zapomnienie.
-Król?- W tym momencie Gilbert zapomniał o Arisie.- Nie żyje?
Przez moment na jego twarzy pojawił się szatański uśmieszek.
"Dobrze mu tak, staremu knurowi... za to, że skrzywdził Ellen..."
Arisa spojrzała na maga uważnie.
-Nie powiem żeby mnie to nie cieszyło, ale maczałeś w tym palce, prawda?- Uniosła lekko brew.
-Ty się zamknij.- Wskazał na nią palcem i wyszczerzył wrednie zęby. -Król umarł na zawał serca.- Mówił sycząc przez zęby. Wtedy Ell powoli otworzyła oczy i obudziła się przecierając je. Usiadła opatulając się w płaszczyk
-Co się stało?
-Co? Nie wierze!- Podniosła się zawiązując płaszcz na sobie.
-Co chcesz osiągnąć przez zabijanie króla, lub doprowadzenie do jego śmierci? - Kontynuowała nie przejmując się zaprzeczeniem maga, Arisa. Santos wysyczał kolejne zaklęcie wskazując na napierśnik Arisy. Ten zafalował poczym stał się płynny niczym woda. Mag przesunął rękę kilka centymetrów wyżej, a ciecz szła w raz z jego ruchem. Osadziła się ona na jej twarzy poczym zastygła.
-Mówiłem ci...- Powiedział cicho i dodał głośniej. -zamknij mordę!- Zaczął sapać i popatrzył na Gilberta dodając w jego głowie.
"Uspokój Ellen, szybko!"
Rudowłosy kątem oka zerknął na to, co się stało, ale po chwili patrzył już tylko na Ellen.
-Wszystko w porządku?- Spytał na dobry początek.
- Nie! Nic nie będzie w porządku póki ON tu jest!
Arisa patrzyła wściekła na maga jednak nie mogła nic powiedzieć.
"Gilbert masz być z nią bardzo blisko" Powiedział Santos a skończył X'lamnan "aż zostaniesz jej mężem i królem" Później mag popatrzył na Arisę i zaczął iść w stronę lasu.
-Idziesz ze mną pani rycerzyku.- Powiedział pogardliwie.
"Będę jej pilnował. Nawet nie musisz mi tego mówić"
Chłopak przytulił księżniczkę i powiedział do niej cicho:
-Widisz? Już sobie idzie... Wszystko będzie dobrze, zobaczysz...
Arisa pomyślała coś mało cenzuralnego i postąpiła krok za magiem. Miała ochotę skopać mu dupę, ale się powstrzymała. Gdyby mogła westchnęłaby ciężko.
"Nie jestem pani rycerzyk. Jestem Arisa..." Pomyślała tylko i poszła za magiem
skomentuj (0)
2005-09-01 14:25:09
Metamorfoza .....

Gdy tylko Amelia wyszła z pokoju, Evo ubrał sie w swoja zbroję,
przypiał miecz i wygladajac przez okno czy nikogo niema, wyszedl po kamiennym parapecie.
Z parapetu wskoczyl na dach zamku, potem zsunął się po rynnie i omijajac straznikow zaczal
zakradac się do komnaty tronowej. Ominął bezproblemowo jeszcze kilku wartownikow, bylo ich cos za duzo,
zawsze stalo maksymalnie szesciu siedmiu a teraz z dziesięciu ich było.
Poruszał się za ogromnymi kolumnami w strone tronu, gdy doszedl do ostatniej,
zauwazyl straznikow i biskupa królestwa, ktory odmawial pacieze za czyjac dusze,
chłopak przygladnał się bliżej i zobaczył najpierw korone, a poźniej martwego króla.
- Doczekałeś się swego idioto, ale to ja miałem być Twoim katem nie ktos inny
- w jego oczach pokazął się błysk, widział w swoim umyśle jak mogło wygladać to zdarzenie,
sposród tysięcy obrazów wybrał jeden, ponieważ zauważył dwie jakby stopy,
których krew zmarłego nie sięgła, lecz omineła. -
Skoro go widział to musiał zawołać straż,
a wartownicy są tacy sami jak przedtem, musiał więc byc niewidzialny, to wyjaśnia,
dlaczego nikt go nie złapał .. - szeptał pod nosem Evo
Tym samym sposobem opuscił salę tronowa, i ruszył w kierunku wyjścia. "Chyba zaniedbałem trening,
widze że jest tu wielu silniejszych ode mnie, w kilka dni nie zdąrzę tak podnieść swojej mocy,
chyba że ..." - pomyślał a w jego oczach pokazał się ten sam błysk co wcześniej.
Wychodząc z królestwa Evo ujżał swą przyjaciółke wilczycę, była troche większa,
ale poza tym nic się nie zmieniła,
przywitała się ze swoim "kumplem", który pogłaskał ją po głowie,a potem powiedział:
- Musimy coś zrobić, czas nadszedł .... ruszajmy więc
Wsiadł na wilczycę i pokierował ją na północ, gdy tylko minęli las królestwa,
chłopak zatrzymał wilczycę i dał jej coś do jedzenia mówiąc:
- Masz, to sprawi że sie nie będziesz męczyła przez 3 dni i 3 noce,
a Twoja naturalna szybkość wzrośnie 5-krotnie
- wilczyca zjadła coś przypominające wygladem groszek,
po czym poczuła coś w sobie a jej oczy "pochłonęła" błękitna barwa. Evo wsiadł na zwierzę,
które ruszyła z ogromną prędkością. Podczas jazdy oboje mijali różnego rodzaju lasy, góry,
rzeki i jeziora, wilczyca wogóle sie nie zatrzymywała, a jej bieg z każdą minuta powoli sie zwiększał.
Po 2 dniach i 1 nocy znaleźli się na splugawionej ziemi, wszystko wokół,
drzewa, rośliny, ziemia ..... umierało.
Evo zsiadł z przyjaciółki i wypowiadając jakieś nieznane nikomu słowa sprawił,
że między dwoma zniszczonymi drzewami otworzył sie błękitny portal,
razem z wilczycą wkroczyli przez niego.
Oboje ujżeli ogromna czarna twierdzę do której prowadziło kilka mostów,
wokół twierdzy znajdowała się fosa,
nie była jednak wypełniona wodą, lecz jakimś seledynowo-zielonym kwasem,
w powietrzu czuć było śmierć i rozkład.
Zwierzę zlękane, zaczęło iść bliżej swego towarzysza, Evo jednak zachowywał się, tak jakby był tu już nie raz.
Krocząc jednym z mostów dotawrli do czarnej jak mrok twierdzy, ogromne wrota otworzyły się przed przybyszami,
którzy bez dłuzszego zastanawiania się wszedli do środka. Gdy tylko minęli bramę,
drzwi zamknęły się za nimi z ogromnym hukiem. Chłopak szedł w jakims kierunku (chyba ma mapke w oczach :D),
wiedział doskonale gdzie ma iść. Po kilku minutach marszu, zatrzymał się przed dużym budynkiem z którego wylewała się lawa,
drzwi były zrobione z kości jakiegos wielkiego zwierzęcia. Evo kopnął w drzwi, które otworzyły sie głosno, wszedł do środka,
za nim podąrzyła wilczyca, jego oczom ukazał się ogromny piec, w którym wyrabiało się broń, obok pieca stało kilka osób,
jednak nie byli to ludzie, w pokoju obok było widać jakiegoś maga, który mówił cos pod nosem przez sen.
Nagle każdy w budynku usłyszał żadanie chłopaka:
- Chcę dwie zbroje, drugiego miecza i pelerynę!
Śpiacy mag spadł z krzesła slysząc krzyk, podniósł sie z ziemi i rozpoczął konwersację z nowo-przybyłym:
- A masz zapłatę ? - syknął przez zęby
- Masz - Evo wyciagnał jakiś woreczek i rzucił go magowi -
Tym razem jednak chcę najwyższą jakość waszych wyrobów.
Wrócę tu za trochę, i wszystko ma być gotowe na czas. - dodał chłopak po czym wyszedł z budynku,
a za jego plecami słychac było rozkazy maga
- Słyszeliście ! Do roboty ! Wy nędzne szczury !
Evo ruszył prosto, minął duże przejście wykute z kamienia i skierował się ku nowemu celowi.
Jego oczom ukazał się podobnych rozmiarów budynek, lecz zamiast lawy z jego dachu wydobywała się błękitna moc.
Drzwi były zrobione z trupich czaszek, tym razem drzwi otworzyły się same. W wewnątrz budynku było duzo miejsca,
na środku pomieszczenia znajdował się ogromny pentagram z małymi kanalikami. Na każdym ramieniu piecioramiennej gwiazdy,
a także w środku było miejsce siedzace. W budynku było również 6 różnych drzwi,
otworzyły sie pierwsze i wyszedł z nich nekromanta, który od razu wiedział czego chce przybysz,
Evo rzucił mu identycznym woreczkiem, jaki dał wczesniej magowi. Nekromanta zchował zapłatę i zastukał swoja laską 5 razy.
Otworzyły się pozostałe drzwi, pokolei zaczęli wychodzić z nich: elf, człowiek, ork,
nieumarły i jakieś stworzenie podobne do smoka i człowieka, wszyscy przybyli mieli czarne jak mrok oczy,
każdy usiadł na swoich miejscach. Evo usiadł na środku, wilczyca połozyła się obok drzwi.
Na przeciw chłopaka siedziało smoczo-podobne stworzenie, a nastepnie w prawą stronę patrząc elf, człowiek,
ork i nieumarły. Nekromanta przyniósł jakąś księgę ze swojego pomieszczenia, po czym stanał za plecami Evo,
nie wkraczajać na ogramny pentagram. Kazdy osobnik poczał nacinać swoje dłonie,
z lecąca krew spływała prosto w kanaliki pentagramu. Nakromanta podał błękitny sztylet Evo, który naciał sobie obie dłonie,
jego krew zaczęła płynąć na środek pentagramu, po chwili zmieszała się z krwia innych.
Evo odrzucił sztylet i powoli oddychał, bez strachu czy tez podniecenia. Był jak skała.
Nekromanta cały czas wypowiadał jakies słowa, a po krótkiej przerwie zaczał odprawiać rytuał,
wymawiał słowa zaklęcia jeszcze przez pewien czas:
- Stań się na nowo tym czym byłeś w przeszłości, niech wróci twa dawna siła, twój wygląd, niech stwór,
który został zapieczętowany powróci spowrotem do naszego świata, by niszczyc zło i samemu nim być,
by zawładnać śmiercią. Niech odrodzi się na nowo Tytan Wody i Wiatru !!"
Krew zaczeła się świecić różnymi kolorami,
a następnie unosząc się w górę okrążała chłopaka. A po kilku okrążeniach zaczęła łączyc się z nim.
Nekromanta wypowiadał dalej słowa zaklecia. Evo poczuł pierwsze bóle,
tak jakby cos zaczeło wdzierać się w jego ciało z kazdej strony. Z bólu podniósł głowę w górę,
a jego krzyk było słychac w całej twierdzy. Ból tak okropny do zniesienia,
że nawet najmęzniejszy wojownik płakałby jak dziecko. Krew weszła w ciało chłopaka,
Nekromanta stuknął trzy razy o podłogę a z ciała Evo zaczęły powoli wyrastać skrzydła,
wyglądem przypominały skrzydła błękitno-czarnego smoka. Jego uszy przybierały kształt elfickich.
Wokół ciała poczęła się tworzyć błękitna poświata, a samo ciało przybrało na sile i mięśniach.
Nekromanta wymówił ostatnie słowo zaklęcia i wszystko wróciło swowrotem no normy, jedyne co zostało to uszy,
które nie zmieniły kształtu na pierwotny. Pięciu członków rytuału wróciło do swoich pomieszczen,
nekromanta usmiechnął się po swojemu i zadowolony z udanego rytuału zwrócił się do "ofiary":
- Wróciłeś w końcu by zdobyć moc, wiedziałem że się nie oprzesz takiej sile .... Dalej wiesz co robić,
chyba nie musze Ci tłumaczyć jak wydobyć to z siebie, a teraz odejdz jak najszybciej,
bo sprowadzisz na nas zagładę - powiedział i wrócił do swojego pokoju
Evo wstał, czuł jeszcze ból podczas podnoszenia się, ale po kilku sekundach był jak nowonarodzony:
- Idziemy teraz po nasz ekwipunek - chłopak zwrócił się do wilczycy,
która oszołomiona tym wszystkim wykonała jego polecenie natychmiast.
Wrócili oboje do budynku, w którym byli wczesniej, dwie gotowe zboje stały już pod ścianą,
miecz wisiał na ścianie, a peleryna była zawieszona na wieszaku. Mag, który wział zapłatę zwrócił się do chłopaka:
- Wszystko gotowe, mamy również dla Ciebie mała niespodziankę, zrobiła sie podczas wyrabiania miecza
- powiedział mag i dał chłopakowi naszyjnik, na którym był metalowy ząb.
- Może być, przyda się - odpowiedział Evo -
Dzieki za sprzet, jestescie najlepsi w tym fachu
- dodał zdejmując swoja stara zbroję i zakładając nową.
Włożył dwa miecze, na znak "x" na plecy, załozył pelerynę i kaptur, w drugą zbroję nieumarli "ubrali" wilczyce.
Chłopak wyszedł z budynku i przechodząc przez portal opuscił krainę nieumarłych. W nowej zbroi nie tylko on czuł się świetnie,
wilczyca w swoim nowym "ubranku" czuła magiczną moc, która dodawała jej odwagi i szybkości.
W królewskim lesie byli dwa razy szybciej. Evo zatrzymał zwierzę, i z niego zsiadł a nastepnie zwrócił się do niego:
- Pamietaj, ze o miejscu w którym bylismy nikt sie nie moze dowiedziec, byloby to neibespieczne dla całego świata ...
A teraz chodz pokarzemy się Amelii - powiedział chłopak z usmiechem na twarzy,
wilczyca również usmiechnęła się po swojemu.
A potem razem ruszyli w stronę zamku .....
skomentuj (4)
2005-09-01 14:18:16
Poranek


Amelia jak to na nią przystało obudziła się około godziny siódmej. Obok leżał śpiący Evo. Delikatnie wstała poszła do łazienki i zaczęła się oporządzać Uczesała wysoko włosy związując je błękitną wstążeczką, Weszła cichutko do pokoju
Evo słysząc szum wody (xDD) zaczął powoli podnosić swoje ciężkie powieki, zaczął coś jąkać pod nosem:
- Mamo, jeszcze wcześnie, nie chce mi się wstawać...
Podeszłą do łóżka lekko pocałowała chłopaka w czoło...
Nachylając się do jego ucha szepnęła- jak chcesz to śpij, ale nie wychodź z pokoju
- Oooo to chyba nie mama - uśmiechnął się i objął dziewczynę w pasie - To jakaś piękna istota - znów się uśmiechnął
w momencie objęcia upadłą całym ciałem na chłopaka...
Obrócił się tak, że dziewczyna znalazła się pod nim
- A jeśli wyjdę ? "Pewnie się znowu krew poleje" ^^ - pomyślał i spojrzał głęboko w oczy dziewczynie, a potem ją pocałował
- Już się obudziłem - uśmiechnął się do niej
- To świetnie... Lepiej nie wychodź. Albo przynajmniej zrób to dyskretnie
- A Ty, dokąd uciekasz moje słoneczko ? - Zapytał z zaciekawieniem
- Tajemnica :3- zaczęła się przekomażać
- Ja Ci dam tajemnice - zaśmiał się i zaczął łaskotać dziewczynę
- no wiedziałam- szybko przekręciła się na brzuch tak że teraz chłopak siedział jej na plecach
- Nie lubisz łaskotek ? A może mały masażyk ? - Zaczął masować jej biodra
- A może tu boli - przesunął, recę wyżej
- Albo tutaj - jego ręce poruszały się w stronę biustu
- asz ty... Masażyk może być...
- A grzeszne pocałunki ? - Położył się delikatnie na jej plecach i odgarniając jedna, ręką włosy zaczął całować dziewczynę w szyję
- mogą być...- Zamknęła oczy
Całował ją po szyi i zachodził w stronę twarzy, jego dłonie zbliżały się do biustu dziewczyny, chłopak odwróci Amelię na plecy i całując dalej po szyi zaczął pieścić jej piersi ta
złapała jego ręce i zaplotła sobie na szyi
Położył się na niej i odrywając się od pocałunku zapytał
- O tej porze nikt do Ciebie nie przychodzi ? Bo wiesz ... jak ktoś nas przyłapie, to będą kłopoty
nie służba chodzi dopiero od 8 a mamy niespełna godzinę 7 mamy jeszcze godzinę... a nawet jeśli mam pojemną szafę - lekko się zachichotała
- Szafę ? Wole wyjść za okno - uśmiechnął się do niej i całował dalej po szyi, obejmując ja i przekręcając tak aby leżała na nim.
A jak cię stajenny podejrzy?- Teraz to ona wzięła się za jego szyję lekko ssąc
- Dobra w ostateczności może byś szafa, chyba nie otwierają Ci jej nie ? Ale by się sprzątaczka zdziwiła jakby mnie zobaczyła stojącego w Twojej szafie
Robiła malinkę, więc nie odpowiedziała XD
- Musze jeszcze do króla zajść, mam pewną sprawę do niego
- Oderwała się od jego szyj
- jak chcesz
- Ale nie śpieszy mi się - pocałował dziewczynę w usta i znowu przechylili się na nią, ale gdy był juz "na górze" zauważył że oboje są na krawędzi łóżka, i nagle się zawahał i razem spadli na podłogę, tak że Amelia upadła na niego
- Auu, chyba przesadziłem z tymi obrotami
Schowała twarz w jego ramie i zaczęła się śmiać
- Nic Ci nie jest ? Bo ja chyba sobie coś stłukłem - zaśmiał się cicho i łapiąc dziewczynę pod kolana i za plecy, podniosl się z nią w gore
- A teraz zaniosę moja Pani do miejsca, które mi wskaże
- Raj...
- To w tamtym kierunku - zwrócił się w stronę łóżka – Na razie tylko taki raj mogę Ci dać, ale juz niedługo, będziesz w prawdziwym raju - uśmiechnął się, pocałował w usta i zaniósł na łóżko
- Chciałabym zostać w tym raju jeszcze, ale, juz zostało nam 10 minut. Lecę na lekcję do księżniczki a ty uważaj na straże...
- dała mu buziaka na pożegnanie...- Pięknie mi wyszło to na szyi- ze śmiechem wybiegła z pokoju
skomentuj (0)
2005-08-30 12:15:23
Królewska korona

Gdy Arisa zniknęła, na twarzy maga pojawił się anielski uśmiech i zamiast czerwonych ślepi demona, pojawiły się ludzkie oczy z charakterystycznym błyskiem. Santos spokojnie rozejrzał się wokół i szepcząc coś do siebie wzleciał kilkanaście metrów w górę. Jego oczy zaszły mgłą odbierając myśli wszystkich ludzi znajdujących się w promieniu trzech kilometrów. Fala i natłok myśli był przeogromny zapomniał zupełnie, że niedaleko znajdował się zamek. W pierwszej chwili te wszystkie informacje prawie powaliły człowieka, ale ten zdołał z tą samą szybkością posortować i skatalogować w swoim skołatanym umyśle. W końcu znalazł to, czego szukał a raczej, kogo, myśli Gilberta były nieskładne i pełne emocji. Jednak Santos wiedział, że udało się mu wypełnić zadanie, które od początku wyznaczył mu mag. Z tryumfalnym uśmiechem na twarzy, wrócił na ziemię, rzucił zaklęcie lecznicze nastawiając sobie nos i zasklepiając rany. Następnie schował ręce w poły czerwono czarnego płaszcza i ruszył w kierunku zamku. Do jego murów dotarł pod wieczór, widok, który go powitał kompletnie go zaskoczył i wyjaśnił parę rzeczy. Do rezydencji Króla Ryszarda z rodu Drommel, ojca Ellen, przybywały różnorakie wysokie osobistości wraz ze swoją służbą. Dlatego to de Ram odebrał niezliczone myśli ludzi stłoczonych w zamkowych murach. Pomimo tego, że zbliżał się wieczór wjazd do zamku i wszystkie okna były rozświetlone blaskiem pochodni i porozpalanych tu i tam ognisk. Nawet na basztach porozpalano ogromne ogniska, co sprawiało, że nad zamkiem pojawiła się żółta łuna. Santos uśmiechnął się do siebie, ale demon uprzedził go wypowiadając następujące słowa. „Idealnie”
Gdy mag obrzucił się magicznymi zaklęciami, nie miał najmniejszych trudności z dostaniem się na zamek, nikt go nie sprawdzał ani nie pytał o zaproszenie, stał się niewidzialny. Bez pośpiechy przemykał dużymi korytarzami w kierunku sali tronowej gdzie powinien znajdować się król. Gdy się w niej znalazł, zobaczył masę ludzi siedzących za stołami, uginającymi się pod wyszukanym jadłem. Wszyscy rozmawiali o pałacowych plotkach, interesach, skandalach i sprawach państwowych. Jak Santos tego nie znosił, dlatego też wolał oddać się magii, ciągle niewidoczny splunął na kamienną posadzkę i przemknął bliżej tuż za siedzisko króla. Ten jednak się nie pojawiał, de Ram musiał na niego czekać prawie pół godziny, w końcu ten pojawił się wchodząc głównym wejściem. Oczywiście najpierw zagrzmiały trąby i zabrzmieli oficjele przekrzykując się nawzajem tytułami króla, wszystko to było takie pompatyczne i robione na pokaz. Jednak to wszystko umywało się do widoku króla, całego skąpanego w złotogłowiach, diamentach i sygnetach. Na głowie miał ciężką i nie wygodną koronę, której można było te wszystkie minusy wybaczyć, jedynie patrząc na nią. Była to robota mistrzów złotników i kowali, wszystkie kształty były płynne i pozaginane, nie było ani jednego kantu, ani ostrej krawędzi. Santosa ciekawiło to, jakim cudem nie ugiął się pod ciężkim płaszczem z gronostajów, z srebrzystymi ciężarkami zapobiegającym rozwarciu się. Nawet bliżej przyglądając się królowi można było dostrzec po wplatane różnego rodzaju mikroskopijne diamenciki w brodę. Oczywiście towarzystwo zaczęło bić brawo i wstawać zza stołów, widząc ten „olśniewający” obraz. Król szedł powoli machając ręką na swych wasali i poddanych z wyższych sfer. Patrzył to na prawo to na lewo, ale gdy zawiesił wzrok na swym tronie, zobaczył rozszerzone, srebrne ślepia maga, świdrujące go na wskroś. Ryszard poczuł jak ziemia pod jego stopami zaczyna uciekać a ściany i ludzie znikać jak i rozsypywać jak domek z kart. Pozostała czerń i dwa punkty oddalone od niego niby o całą wieczność i setki kilometrów. Dla króla ta chwila trwałą wieczność jak zahipnotyzowany stał i patrzył w ślepia Santosa. Nagle ciszę i ciemność rozerwały hałasy dobiegające z pod jego stóp. Wtedy to władca popatrzył na czubki skórzanych butów i zobaczył jak ciemność rozrywa się pod nim. Z powstałych w ten sposób zaczęła wylewać się krew, a później macki, które oplotły jego nogi. Były to skąpane w krwi odnóża jakiegoś dziwnego stwora, każda z macek zamiast wypustki miała zęby pijawki przegryzające ubranie i wsysające się w tkankę. Król chciał krzyczeć i wyrywać się, ale głos stanął mu w gardle, pomimo wysiłków nie mógł poruszyć nogami, niby zrobionymi z ołowiu. Potem nerwowo podniósł wzrok w poszukiwaniu srebrzystych ślepiów. Te jednak zniknęły, ale król nie miał czasu zaprzątać tym głowy. Pierścienie na jego palcach zaczęły go palić niczym roztopione żelazo. Szybko podniósł dłonie na wysokość twarzy i zobaczył, jak pierścienie się roztapiają i zamieniają w małe robaki. Te niczym świdry wbiły się w jego skórę i zaczęły wędrować pod nią przebijając się w kierunku torsu. Król ciągle nie mogąc się wyrwać ani krzyczeć, zaczął drapać to jedna to drugą rękę. Nagle usłyszał stanowczy głos osoby, która się pojawiła przed nim.
-Twój czas się skończył królu, czas na kogoś młodszego.- Santos odsłonił swoją rękę, która zamieniła się w szpon. Ryszard patrzył na to wszystko z przerażeniem wytrzeszczając oczy. Wtedy oczy de Rama zalśniły ze zdwojonym blaskiem i mag zamachnął się wbijając szpon w ciało króla.
-Patrz jak bije twoje własne serce, śmieciu.- Powiedział i wydarł rękę pokazując, zakrwawiony kawałek mięsa ciągle pulsujący w szponach de Rama.
Wtedy to wszystko wróciło do normy, król stanął na środku sali i upadł na ziemię. Korona z jego głowy upadła i potoczyła się tuż pod nogi Santosa, który ciągle był niewidzialny i z uśmiechem przyglądał się staremu królowi.
”Zginął król niech żyje król” Pomyślał i udał się do wyjścia z zamku, nie zwracając uwagi na krzyki, zgiełk i rzucane rozkazy.
skomentuj (1)
Layout by Sakurcia